SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Cisza, spokój i kino w stodole, czyli slow life na Warmii i Mazurach Aleksandra Klonowska-Szałek 4/20/2019 12:00:00 AM Zródło: www.gazeta.pl
Hotel Galery69*

Był mroźny lutowy dzień, rozpoczynał się akurat walentynkowy weekend. Budynek wcale nie wyglądał jak dawna szkoła. Ani tym bardziej jak hotel. Zamiast wypolerowanego recepcyjnego holu, pokrytego odporną na plamy przemysłową wykładziną, zobaczyłam korytarz, w którym na podłodze leżało kilkanaście par białych figurówek. Rzuconych dość niedbale, jakby jakaś wesoła grupa po prostu zdjęła je z nóg w pośpiechu i pobiegła na obiad. W pokojach hotelowych dywany leżały na surowej podłodze i wszystko wyglądało inaczej niż w jakimkolwiek innym polskim hotelu. I choć teraz Galery69 jest częścią Design Hotels, sieci zrzeszającej najpiękniejsze hotele na świecie - wtedy surowy beton i sklejka jeszcze nie kojarzyły mi się z designem.

No i basen. Rezerwowany jakoś dziwacznie, jako usługa na wyłączność dla pary lub grupy przyjaciół. Nie był lokalnym ośrodkiem sportu i rekreacji jak wszędzie, lecz dawał luksus posiadania całego basenu z sauną tylko dla siebie.
Podczas wieczornego ogniska, rozpalonego w formie naciętego drewnianego bala na tafli jeziora, gospodarze opowiadali o sobie i hotelu. Nawet nazwa była zaskakująca. O tym, że pisałam ją z błędem, dowiedziałam się dopiero dziewięć lat później. "Galery69" wcale nie oznacza galerii, mimo że to miejsce trochę ją przypomina. Genezę nazwy znajduję na stronie hotelu: "łódź wioślarzy jako synonim ciężkiej pracy oraz galeria w prostym skojarzeniu. 69 nawiązuje do starego powiedzenia: żeby główkować, trzeba mieć łeb sześć na dziewięć". I tak na każdym kroku.
Wszędzie tu widać skłonność, by iść pod prąd, w drugą stronę, trochę w poprzek. Tak naprawdę najpierw była Manufaktura69, miejsce, gdzie małżeństwo z nadmiarem kreatywności mogło swobodnie wyrzucać z siebie pomysły i przetwarzać je na meble. Zaprojektowane i stworzone w Manufakturze69 łóżka, szafy, drewniane rzeźby musiały znaleźć się w jakimś showroomie. Nie było na niego lepszego miejsca niż dawna szkoła w Dorotowie, malowniczo położona nad samym Jeziorem Wulpińskim.

Meble, rzeźby, potem własna kolekcja ubrań. Wszystko nieoczywiste, zastanawia i budzi mieszane uczucia. Tak ma być. Tak miało być od samego początku. Małgosia i Wojtek, właściciele Hotelu Galery69, projektują nie tylko przedmioty i meble wypełniające hotel, lecz także czas gości. Organizują wyjątkowe koncerty nad jeziorem, znane nie tylko w okolicy. Zimą wyciągają gości na łyżwy, zapraszają na deskę surfingową albo zjazdówki, które później Wojtek ciągnie za quadem. Latają na bojerach, uprawiają snowkiting, czyli coś w rodzaju zimowego kitesurfingu, urządzają wikińskie ogniska na jeziorze, kuligi i nic z tego nie jest zwyczajne.
- To nasz dom i cały nasz świat - mówi Małgosia Żółtowska, właścicielka Hotelu Galery69. - Sami go kreujemy, a nasi goście znajdują tu naszego ducha. To on kręci się po pokojach, siedzi w meblach, czuć go w smakach w restauracji. Wszystko jest według naszych zasad. Robimy ciekawe rzeczy, ale od razu zastrzegamy, że nie wszystkim będzie u nas dobrze.

W tym, co mówi Małgosia, i w sposobie, w jaki mówi (ciepły, choć stanowczy), daje się wyczuć lata doświadczeń. A dokładnie 19 lat hotelarskiej praktyki, dostosowywanie swoich oczekiwań do wymagań gości przy jednoczesnym trzymaniu się własnych reguł. Trzeba jeszcze pamiętać o recenzjach, nie tylko dobrych. W świecie, w którym komercyjny sukces odnoszą hotele skrojone pod potrzeby rodzin z dziećmi, gospodarze wybrali kategorię "tylko dla dorosłych". A przecież jako założycielka Slowhopa znam reakcje na ograniczenie gości wyłącznie do osób dorosłych. Niekoniecznie pozytywne.

- Kiedyś ktoś powiedział, że nie mamy dla niego oferty, bo podróżuje z dziećmi. Odparliśmy, że ta oferta, owszem, jest, ale inaczej obmyślona - opowiada pogodnie Małgosia. - Kiedyś, gdy będzie potrzebował czasu dla siebie, wybierze może właśnie nasz hotel.

Na każdy zarzut, że przecież jak to tak bez dzieci, gospodarze cierpliwie odpowiadają, że po prostu nie ma tu dla dzieci warunków. Hotel stoi we wsi, przy dość ruchliwej ulicy, goście spędzają czas głównie w budynku i nad jeziorem. Nie ma miejsca na place zabaw i bawialnie. Nie należy się również spodziewać całkowitej ciszy. Hotel jest przecież z założenia miejscem, gdzie są inni ludzie i ich emocje.
- Może być różnie - dodaje z uśmiechem Małgosia, a ja pilnie studiuję odpowiedzi Hotelu Galery69 na niepochlebne komentarze w internecie.
Takie rzeczy podcinają skrzydła wszystkim początkującym gospodarzom pensjonatów. Doświadczonym już nie. Odpowiedzi są jednak konsekwentne, pełne kultury i pogody ducha.
- Ja naprawdę szanuję wszystkie opinie. Te dobre i te złe, bo na tych drugich się uczymy. Ale od lat pracuję nad tym, żeby hotelarstwu i restauracjom dać ludzką twarz, i staram się pokazać, że istotą naszej pracy nie jest służalczość. Zapraszamy gości, czekamy na nich, pokazujemy nasz pomysł na to, by wyjechali nieco zaskoczeni, może zrobili u nas coś, czego nie robią na co dzień. Ale nigdy nie będziemy dostosowywać się do roszczeń. Tak postanowiliśmy i chyba dzięki temu mamy fajnych gości, świadomych tego, po co do nas przyjeżdżają. Pewnie dlatego nadal cieszy nas to, co robimy.

W pobliżu


Wyspa Herta

Nieopodal Hotelu Galery69 znajduje się wyspa na jeziorze. W zimie, kiedy lód skuje solidnie, można dojść do niej na piechotę, latem - dopłynąć łódką lub kajakiem. Po I wojnie światowej były tu pensjonat, restauracja, pijalnia win porzeczkowych, sad i muzeum z militarnymi pamiątkami z wojny oraz bronią nawet z epoki średniowiecza. Przyjeżdżali tutaj urlopowicze z całych Niemiec. Na wyspę można było się dostać jedynie promem lub łódką. W 1935 roku z powodu przeciążenia zatonęła tu łódź motorowa z 24 pasażerami. Po tamtym wydarzeniu pensjonat podupadł. Po wojnie znajdował się tu ośrodek szkoleniowo-wypoczynkowy komitetu wojewódzkiego partii. Wyspa przeszła w ręce prywatne i nadal budzi emocje, głównie nurków, którzy wciąż szukają pamiątek po pensjonacie i muzeum.

Olsztyńskie Noce Bluesowe

To jeden z najstarszych i cieszących się największą estymą festiwali bluesowych
w Polsce. Od 1984 roku, z kilkuletnią przerwą, grały tu takie gwiazdy polskiej sceny bluesowej jak Dżem, Nocna Zmiana Bluesa czy Tadeusz Nalepa. Festiwal odbywa się w drugi weekend lipca w Olsztynie.

Plajny. Ogród dobrych myśli

Kiedy docieram pod bramę w Plajnach, jest już prawie połowa grudnia, a Polska wcale nie wygląda ładnie. Na niebie szara ścierka, wokół bezlistne drzewa i wyciszone wioseczki. Na podwórkach nie bawi się żadne dziecko, ławki pod sklepem puste, wieje zimny wiatr. Próżno więc szukać kogoś, z kim można by pogadać. I w tym wszystkim na końcu drogi pojawia się podcieniowe cacuszko, cukiereczek z niebieskimi okiennicami. Potem wychodzi Paulina, uśmiecha się, zaprasza do budynku z werandą, nalewa herbaty, podaje ciasto marchewkowe i odbiór tej grudniowej jesieniozimy zaczyna być zupełne inny.

Możliwe, że w jej 200-letnim domu mieszkali kiedyś mennonici. Ten odłam anabaptystów z Niderlandów uznawał chrzest wyłącznie dorosłych osób, a wierni jako pacyfiści odmawiali służby wojskowej i z zasady nie sprawowali żadnych urzędów. Z powodu prześladowań i braku ziemi uprawnej w Holandii w XVI wieku przyjechali do Polski na obecne tereny Żuław Wiślanych i w okolice Elbląga. Przyjęto ich tu z otwartymi ramionami i jako specjalistów od melioracji szybko doceniono, a odmienna religia nie stanowiła żadnego problemu.
Dom Pauliny w Plajnach znajduje się 17 kilometrów od Pasłęka - miasta założonego przez przybyszów z Niderlandów w XIII wieku. Jest domem podcieniowym, jednym z niewielu, które się jeszcze ostały.
- Plajny to robota mojej mamy. - Paulina z uśmiechem patrzy, jak pochłaniam ciasto marchewkowe, i opowiada o początkach pensjonatu. - Wymyśliła, że kupimy mały domek nad jeziorem, żeby sobie w nim odpoczywać. Ale potem, w nocy, znalazła Plajny w gazecie z darmowymi ogłoszeniami, no i to nie był mały domek. Mama maluje, więc kiedy zobaczyła to cudo, postanowiła dom kupić i pomalować.

Ruina miała dużo szczęścia. Rodzice Pauliny to doświadczeni inżynierowie budowlani. We współpracy z konserwatorem zabytków odrestaurowali główny dom, a później resztę gospodarstwa.

- Na początku nikt z nas nie myślał o pensjonacie. Ja trochę jeździłam po świecie, wróciłam akurat z mężem z Meksyku, pracowałam w korporacji w Warszawie. Ale potem wszystko się zmieniło. Po rozwodzie z mężem i korporacją Paulina zdała egzamin na tłumacza przysięgłego i ruszyła na Warmię. - Wiesz, jak jest na Mazurach - jezioro na każdym kroku i lasy. Warmia jest inna. Zachwyciły mnie jej przestrzenie. Takie do pooddychania... - wspomina.
- A skąd pomysł na pensjonat?

- Tańczę flamenco i zawsze wydawało mi się, że miejsc na warsztaty wyjazdowe jest w Polsce za mało.

Ogród Dobrych Myśli jako pensjonat wystartował w 2015 roku.
- Mieliśmy sporego stracha - ciągnie opowieść. - No bo co tu jest? Wydawało się nam, że przecież nic nie ma! Pola, łąki, dom i spokój. Przed przyjazdem pierwszych gości uzbroiłam się po przyjechali, posłuchali i odparli: "To jest wszystko bardzo ciekawe, ale nam się nie chce". Wtedy zeszło ze mnie ciśnienie i zrozumiałam, że ludzie nie przyjeżdżają do takich miejsc po "atrakcje".

Jednak slow life na Warmii nie jest dla wszystkich. Paulina podkreśla, że w żadnym pokoju nie ma telewizora, nie sprzedają też mocnych alkoholi. To raczej miejsce dla tych, którzy docenią pyszne sery z Koziej Farmy Złotna, warzywa z własnego warzywnika, zioła suszone nad kuchnią i opowieści o mennonitach, dawnych mieszkańcach, których duchy gdzieś tu pewnie krążą.
Poza głównym domem z podcieniem w gospodarstwie znajduje się jeszcze obora, dom właścicieli, budynek z otwartą kuchnią i oranżerią, w której odbywają się warsztaty.

Do Ogrodu Dobrych Myśli przyjeżdża wiele zorganizowanych grup, które znajdują tu odpowiedni dla siebie spokój, salę warsztatową albo przestrzeń do tańca. Podczas rozmowy z Pauliną obserwuję krzątające się w kuchni kucharki. Przygotowują obiad dla grupy nauczycieli z Elbląga, która właśnie szkoli się w przeszklonej sali do ćwiczeń. Pachnie kawą i ciasteczkami. Od bieli ścian odcinają się niebieskie elementy - to w Plajnach kolory obowiązujące. Podobnie jak dobre myśli, od których miejsce wzięło nazwę. Tuż przy stole w kuchni, na tablicy z bardzo starą ramą widnieje kredowy napis: "Teraz wszyscy jesteśmy rodziną. Siadajcie, gdzie macie ochotę".
Co najmniej jedna dobra myśl przychodzi mi do głowy, kiedy stąd wyjeżdżam: "Tu mieszkają ludzie, którzy ratują stare miejsce z duszą, malują i tańczą flamenco. Będzie wam tu dobrze".

W okolicy:


Zalew Wiślany

Część Zatoki Gdańskiej odcięta przez Mierzeję Wiślaną, a od pewnego czasu także kilka wartych uwagi miejsc dobrych do plażowania. Do kąpielisk w Tolkmicku i Kadynach dociera się z Plajn w ciągu godziny.

Bistro Ślimaka

Nieopodal Pasłęka znajduje się farma ślimaków, miejsce jedyne w swoim rodzaju i konieczny punkt turystyczny przy okazji pobytu w Plajnach lub Dworze Dawidy. Wszystko kręci się tu wokół ślimaków. Bistro Ślimaka to specyficzny koncept gastronomiczno-turystyczny, zakładający serwowanie potraw ze ślimaków w miejscu ich hodowli. Pośrodku farmy znajduje się dom w kształcie ślimaka. Po jego ścianach, zbudowanych z gliny i słomy, spacerują sobie ślimaki. Na miejscu jest jeszcze minizoo, organizowane są wyścigi ślimaków i zwiedzanie farmy. W tutejszym sklepie można zakupić również kosmetyki ze śluzem ślimaka.

Ciche Wody


Uważaj na zawieszenie. I najlepiej wyłącz roaming, bo tam jest już prawie Federacja Rosyjska - tak, niby żartem, powiedział mi ktoś z okolic Mikołajek, kiedy dowiedział się, że jadę aż za Węgorzewo. Ponieważ każdy moment powinno się wykorzystywać na edukację, wytłumaczyłam dzieciom sens powiedzenia "Tam, gdzie ptaki zawracają" i tego drugiego, z którego śmiały się cały kwadrans.
W jednym i drugim było dużo prawdy. Jadąc do Cichych Wód, ma się wrażenie, że to jakieś inne, dzikie Mazury. Maleńkie wioseczki przytulone do jeziorek, rzeka Węgorapa i rozległe pola. Z takimi terenami wiąże się pełno legend, zazwyczaj stacjonują tam garnizony wojskowe i ląduje UFO, co podobno zdarzyło się 20 lat temu. Dopiero Węgorzewo - jachtami, mariną, tawernami i wielkimi tablicami z napisem "Gofry i lody" - przypomina, że tu zaczyna się i kończy Szlak Wielkich Jezior Mazurskich.

Ale wystarczy pojechać nieco dalej, żeby znów znaleźć się na końcu świata. "Dzień dobry, czy to willa Ciche Wody?" - Ania, właścicielka, prawie dusi się ze śmiechu, opowiadając, jak dzwonią czasem potencjalni goście. Mówi, że Ciche Wody to żadna willa ani nawet nie pensjonat. To stuprocentowe gospodarstwo rolne. Faktycznie, gdybym miała wymyślić jakąś kategorię, to byłoby to "gościnne gospodarstwo rolne Ciche Wody". Kilka budynków, prawdziwa łaźnia z piecem, samodzielnie, z dużym szacunkiem do drewna i kamienia wyremontowane pokoje, przestronne apartamenty, piękna jadalnia.
Wojtek i Ania mają tu ponad 200 owiec, konie, krowy, łany zbóż i na tyle dużo wiedzy na temat ochrony środowiska, zwierząt i pracy w gospodarstwie, że stworzyli Zagrodę Edukacyjną. Dzieciaki z okolicznych szkół przyjeżdżają tu na wycieczki, uczą się garncarstwa, wypiekania chleba, filcowania i kształtują świadomość ekologiczną. Gospodarze to prawdziwi rolnicy, którzy mieszkają tutaj od zawsze. I zupełnie nietypowo jak na rolników są ekologami. Wszystko to sprawia, że ludzie chętnie przyjeżdżają w gościnę, a potem wielokrotnie wracają. Wszyscy wydają się zaprzyjaźnieni i ze sobą, i z gospodarzami.
Zaczepiam jednego z gości, bezceremonialnie pytając, skąd jest i po co tu właściwie przyjechał. Odpowiada, że z Opola. A przyjaciele z Wrocławia. I że pojawiają się tu od trzech lat, w każde wakacje. Przyjeżdżają, bo on sam na przykład z radością rozrzuca obornik, a dzieciaki ciągle siedzą z owieczkami albo noszą małe kociaki. Niektórzy goście budują różne rzeczy i ogólnie panuje nastrój współpracy. No bo że przyjeżdżają dla kuchni, to przecież wiadomo. Jest obłędna. Żadnej ściemy z gotowych produktów, tylko uczciwa kuchnia uczciwych gospodarzy. No i to mięso.


W 2004 roku Wojtek i Ania, ludzie stąd, z Wężówka, z ojcowizną w postaci gospodarstwa rolnego, dostali od rządu Brandenburgii zaproszenie do udziału w pewnym projekcie. Dotyczył poważnej sprawy: odtworzenia rasy owiec skudde, przez stulecia obecnej na tych terenach, odpornej na północnomazurskie mrozy i średnio pasującej do wymagań współczesnego rolnictwa. Owce skudde, co cierpliwie wyjaśnia mi Wojtek, mają tylko tyle mleka, ile wystarcza dla jagniąt, z ich wełny niewiele da się zrobić, a mięsa zostaje jedynie sześć kilo - tyle, ile pomieści mała domowa lodówka. Natomiast jego smak jest wybitny.
Jagnięcina jest najzdrowsza rakowych, a mięso owiec skudde jest delikatne i ma mniejszą zawartość tłuszczu niż w przypadku innych ras. Kiedyś hodowano je jako zwierzęta przydomowe, na tyle małe, żeby stały się użytecznym pupilem. Ale potem wyparły je rasy bardziej "przemysłowe", z których można było pozyskać mleko na sery, dużo mięsa, skóry i wełnę.
O skudde zapomniano aż do lat 30. XX wieku, kiedy jakiś niemiecki pasjonat postanowił zadbać o tę endemiczną rasę. Po wojnie zabrano się do tego na poważnie i tak owce skudde wylądowały u Wojtka i Ani w Cichych Wodach, w Muzeum Kultury Ludowej w Węgorzewie i na stołach gości. W towarzystwie innego ekojedzenia, bo tu ekologię naprawdę traktuje się poważnie.

- Ale mamy też kino w stodole! Chcesz zobaczyć? - Wojtek śmieje się w taki sposób, że przewiduję coś nietypowego. To fajny brodaty facet, od razu budzący sympatię. Myślę sobie, że kino w stodole to ostatni hit agroturystyczny dla ludzi z miasta. Niby stodoła, ale w środku kanapy, lampy i pełen komfort, w sam raz na Instagram. Wojtek otwiera wrota i najpierw czuję mocny zapach zwierząt, siana i zboża, a potem widzę dwa krzesła, prześcieradło i rozsypane pod nim zboże. Już wiem, dlaczego się śmiał.

W Cichych Wodach tak naprawdę cicho zaczyna się robić dopiero po sezonie. Dzieciaki wracają do szkoły, więc można tu przyjechać, by odpocząć od ludzi i pysznie zjeść. Uciec z miasta, wziąć tatę, zorganizować mu 70. urodziny, obmyślić projekt życia, napisać książkę. W przerwach pogadać z kimś życzliwym i dowiedzieć się ciekawych rzeczy. I spróbować nie przytyć, bo Ania do kuchni nie bierze jeńców.

W pobliżu


Wieś Zabrost Wielki

Tu kończy się Polska i znajduje się najlepiej zachowana architektonicznie mazurska wieś. Warto przyjechać choćby po to, żeby zobaczyć charakterystyczny zespół budynków wiejskich z domem, stodołą i bramą paradną. Robi wrażenie, ale nie jest to miejsce, gdzie można się zatrzymać na dłużej. Uwaga na zawieszenie.

Piramida w Rapie

Droga z Zabrostu jest "wymagająca". Warto jednak ją pokonać, zwłaszcza jeśli lubi się tajemnicze historie w stylu Pana Samochodzika. Piramidę w Rapie wzniósł baron von Fahrenheid, podobno najbogatszy człowiek w Prusach Wschodnich, zafascynowany kulturą starożytnego Egiptu. Kiedy zmarła jego córka Ninette, zbudował dla niej piramidę. Podobno w miejscu, gdzie została wzniesiona, krzyżują się linie energetyczne o niezwykłej mocy. I to właśnie dzięki nim ciała wszystkich członków rodziny von Fahrenheida uległy mumifikacji. Wejście darmowe.

Mosty w Stańczykach

Akwedukty, które zachwycą każdego miłośnika Harry'ego Pottera. Wyglądają, jakby zaraz miał po nich przejechać pociąg do Hogwartu. Warto zajrzeć, bo docierają tam nieliczni i naprawdę można się cieszyć wyjątkową architekturą, zgłębiać tajemnicę powstania tej niezwykłej konstrukcji i podziwiać zieleń.

Dworek Króla Stanisława

Kiedy zapytałam gospodarza, skąd taka nazwa, odpowiedział krótko:- Bo to jest, pani Olu, mój dworek, a ja się nazywam Stanisław Król. To jedna z moich ulubionych anegdot na Slowhopie.

Od razu ustalmy - nie jest to miejsce historyczne, tylko dokładnie zaplanowane i zbudowane przez człowieka, który jakiś czas temu powiedział mi tak: - Kiedyś latami marzyłem, żeby wyjechać z Polski, teraz marzę o tym, by do niej wrócić. Zapamiętałam te słowa, bo słychać w nich było tęsknotę za krajem i świeży entuzjazm kogoś, kto właśnie zbliża się do realizacji swoich planów. Jednym słowem: Stanisław Król znalazł swój pomysł na powrót do Polski.
Dworek Króla Stanisława nie znajduje się blisko Warszawy, a to jest przeważnie gwarantem biznesowego sukcesu. Zazwyczaj udaje mi się rozpoznać, kto buduje pensjonat dla zysku, a kto robi to z pasji. Nie jest to trudne, wystarczy spojrzeć na mapę. Im większa odległość od stolicy, tym więcej musi być pasji, żeby projekt własnego miejsca dla gości mógł się udać.

Dworek Króla Stanisława znajduje się w tej części Mazur, do której docierają prawdziwi miłośnicy natury. To dzikie Mazury, przy samym końcu Szlaku Wielkich Jezior. Blisko stąd do Lasów Skaliskich, nieco dalej do Puszczy Rominckiej. To najlepiej zachowana pod względem przyrodniczym część Mazur. Tu się przyjeżdża po całkowite odosobnienie, najczystsze powietrze i poczucie bycia "z dala od...". Tylko to i wspaniałe widoki są w stanie wynagrodzić długą jazdę samochodem.
Dzikie Mazury nie są dla wszystkich i to jest ich wielka zaleta. Gospodarz dworku znalazł zielony kawał ziemi między trzema jeziorami. Pierwsze z nich to Mamry, jedno z największych polskich jezior, a właściwie cały ich kompleks. Drugie to jezioro Rydzówka, i wreszcie trzecie, najmniejsze: Jezioro Węgielsztyńskie. Budynki wyglądają na stare, bo kryte strzechą, ale są nowe i komfortowe. Są więc kąpiele w dużej modrzewiowej wannie, śniadania podane do łóżka, poranki z kubkiem kawy na ganku, zapachem jaśminu i kolorowymi klombami, a na końcu wieczorne dyskusje przy kominku. Jest balia z piecem na drewno na kutrze rybackim, jest też piękna drewniana łódź żaglowa na jeziorze Mamry.
Tuż za domem, w zacisznym gąszczu zielonego sadu, znajduje się sauna, a szumiący strumyk zapewnia nastrój.

W pobliżu


Rowerem na Szlaku Piramidy

Z Węgorzewa warto wybrać się rowerem do Piramidy w Rapie. To 60 kilometrów dość trudnej trasy, biegnącej przez Lasy Skaliskie, a następnie 100-letnią linię kolejową, która prowadziła kiedyś z Gołdapi do Węgorzewa. Trasa łączy się ze szlakiem kajakowym rzeki Węgorapy i wiedzie do Piramidy w Rapie, czyli tajemniczego grobowca rodziny Fahrenheidów, oraz zabytkowego pałacu w Mieduniszkach Wielkich.

Festiwal rockowy w Węgorzewie

Warto planować pobyt w lipcu, kiedy Węgorzewo staje się stolicą rocka. Festiwal rockowy odbywa się tu od 1991 roku i mimo częstej zmiany nazwy (od Otwartego Przeglądu Wojskowych Zespołów Rockowych przez Seven Festival Music & More aż do Naturalnie Mazury Festiwal) co roku przyciąga dobre zespoły z kraju i zagranicy.

*Fragmenty książki "Odetchnij od miasta. Warmia i Mazury" Aleksandry Klonowskiej-Szałek


Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.


KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>


Aleksandra Klonowska-Szałek - pomysłodawczyni i współzałożycielka portalu Slowhop, na którym od 2017 roku wraz z zespołem wyszukuje miejsca, urzekające klimatycznym wnętrzem i dobrą slowfoodową kuchnią, oraz umożliwia ich rezerwację. W chwilach wolnych najchętniej przebywa z mężem i córkami w niemal stuletniej oborze nad jeziorem na Mazurach Garbatych. Jest to jedyna siedziba firmy internetowej na świecie, do której jeszcze nie dotarł Internet.


Więcej: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,24674396,poczuj-sie-jak-w-domu-slow-life-na-warmii-i-mazurach.html