SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Czytelnicy o Pianiście Czytelnicy 2/7/2001 12:00:00 AM Zródło: Rzeczpospolita
"Nadpoprawność"


W ostatnim dodatku zamieścili Państwo znakomitą recenzję Jacka Leociaka z książki Władysława Szpilmana "Pianista". Gratuluję!

Zarówno autorowi jak i redakcji. Odwagi. Precyzji w wyjaśnieniu wielu wątpliwości, które narzucają się każdemu uważnemu czytelnikowi, przereklamowanych (moim zdaniem!) wspomnień, pamiętników znanego kompozytora. Zgadzam się z recenzentem, który zwraca uwagę, że autor nowego opracowania wspomnień zupełnie niepotrzebnie "zmodernizował" je w celu "podniesienia literackich walorów tekstu". Zniszczył tym samym to, co stanowiło o ich autentyczności: prostotę i jasność wypowiedzi. Odebrał im dramatyzm opisywanych zdarzeń. Wspomnienia nie muszą być literaturą "wysoką". O ich walorach dokumentacyjnych świadczy prawda przedstawiana prosto i zwyczajnie. Bez stylizacji i dbałości o formę wypowiedzi. Tak się złożyło, że w tym samym czasie co "Pianistę" czytałam inną książkę na podobny temat. Wydaną w tym samym roku co "Śmierć miasta" (pierwotny tytuł pamiętników Szpilmana). Jej autorką jest Janina Hescheles (obecnie mieszka w Hajfie). Tytuł książki "Oczyma dwunastoletniej dziewczyny" (Kraków 1946). Jest to pamiętnik świadka i ofiary tragicznych przeżyć w getcie lwowskim. W porównaniu z tą lekturą, książka Szpilmana drażni swoją literacką "nadpoprawnością", dbałością stylu. Traci walory opowieści dokumentalnej świadka i uczestnika opisywanych zdarzeń. Drażni także pewnymi sformułowaniami, dobranymi jakby celowo dla czytelnika zagranicznego (np. niemieckiego!). Ilustrują one podświadomie ukrytą tezę, że nie wszyscy Niemcy byli źli. Zdarzali się też dobrzy. Przykład? Na stronie 30 czytamy: "Mimo że walkę zbrojną przeciw nam Niemcy wygrali, pod względem politycznym zaczęli ponosić porażki. Zdecydowaną klęskę ponieśli w grudniu 1939 r., gdy rozstrzelano w Warszawie pierwszych stu niewinnych mężczyzn. W ciągu kilku godzin urosła wtedy pomiędzy Polakami i Niemcami ściana nienawiści, której nie dało się już nigdy pokonać, mimo wykazywanej często w późniejszych latach wojny dobrej woli ze strony okupanta" .

Chciałabym bardzo wiedzieć, czy określenie "dobra wola okupanta" wymyślił Władysław Szpilman, czy jego syn Andrzej, autor niepotrzebnie "unowocześnionego" opracowania. Recenzja Jacka Leociaka jest pierwszą krytyczną (choć życzliwie krytyczną!).

Do tej pory ukazywały się same entuzjastyczne. Jakby nikt z piszących nie rozumiał tego, co czytał. A może nikt tak naprawdę sumiennie nie przebrnął przez tę lekturę. Wszyscy w podnieceniu oczekują filmu, który pragnie na podstawie tej książki nakręcić Roman Polański.

Mam nadzieję, że reżyser zawierzy nie autorowi nowego opracowania, a coraz mniej licznym świadkom opisywanych zdarzeń. Przywoła wspomnienia np. zupełnie pominiętej w książce Szpilmana - Wiery Gran. To jej właśnie w jednym z "kabaretów" getta akompaniował Szpilman, gdy śpiewała m.in. piosenkę "Jej pierwszy bal". Nie wyobrażam sobie filmu poświęconego tragedii getta bez tej piosenki, w wykonaniu oczywiście Wiery Gran. Nie jest wcale tak trudno ją odnaleźć. Mieszka w Paryżu. A nagrania znajdują się w archiwum Polskiego Radia w Warszawie. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego wydawnictwo Znak zgodziło się na wydanie wspomnień Władysława Szpilmana w obecnym kształcie. Należało je zostawić w wersji pierwszej i jedynie uzupełnić o nowe informacje, odnaleziony dziennik kapitana Hosenfelda. Byłoby to lepsze dla książki, jej autora. A autorowi nowego opracowania nie przypięto by łatki "stylisty" dokumentalnych opowieści ojca.

Anna Mieszkowska, Warszawa


Śmierć Kramsztyka

Chcę jeszcze coś dodać do słusznych uwag p. Leociaka. Z nowej wersji wspomnień Władysława Szpilmana zniknął fragment dotyczący znanego malarza Romana Kramsztyka. I to dość istotny, bo opisujący śmierć artysty:

"Jednego z pierwszych dni wejścia ich (chodzi o Litwinów i Ukraińców - red.) do akcji wysiedleńczej zginął Kramsztyk. Po otoczeniu domu, w którym mieszkał, nie zeszedł na gwizdek na podwórze. Wolał być rozstrzelany u siebie, pośród swoich obrazów".

W "Pianiście" nie ma tej sceny. Przez przeoczenie? niechlujstwo wydawcy? celowo?

Nazwisko i adres znane redakcji


Co się stało z panią Lewicką?

Gratuluję artykułu Jacka Leociaka w "Rzeczy o książkach" z 3 stycznia 2001 r. Ja też z niesmakiem przeczytałem "Pianistę", przerobionego na język drętwego wypracowania szkolnego.

Oczekiwałem nowego wydania książki jako związany emocjonalnie z całą sprawą. Władysław Szpilman był ukrywany trzy piętra nad nami w domu przy alei Niepodległości 227/233 (ta sama klatka schodowa), o czym wszyscy wiedzieli.

Ukrywającą do powstania była dzielna pani Lewicka. W pierwszym wydaniu książki znalazła się pochwała naszej kamienicy, gdzie było podobno najsympatyczniej w porównaniu z innymi miejscami.

Sądziłem, że w nowym wydaniu przeczytam o tym, co dalej stało się z panią Lewicką, najważniejszą z wybawczyń Szpilmana. Niestety, nic nie znalazłem.

Niesłychanym zbiegiem okoliczności spotkałem panią Lewicką w końcu sierpnia 1944 na Mokotowie, gdy jako ranny powstaniec szukałem pomocy. Ale nikt nie chciał pomóc, dopiero ona mnie uratowała. Pomijając nieprawdopodobny zbieg okoliczności, to sprawa dla historyka i publicysty: pani Lewicka broni Żyda, a później przegranego AK-owca przed własnymi rodakami!

Nie znalazłem w nowym wydaniu ani w komentarzach uwag do burzy po ukazaniu się "Śmierci miasta". Były, o ile pamiętam, sprawy sądowe Waldorff kontra Szpilman. O co tu chodziło, może się dziś dowiemy, gdy nie ma już cenzury? Podobno oburzone też były na Szpilmana organizacje żydowskie za negatywne o nich opinie. Jest taka scena w pierwszym wydaniu (powinna być bardzo filmowa dla reżysera Polańskiego), gdy do Szpilmana, grającego na fortepianie w luksusowej restauracji "Nowoczesna" w getcie, podchodzi kelner z prośbą w imieniu jednego z gości: "abym na chwilę grę przerwał, gdyż uniemożliwiam mu sprawdzenie czystości dźwięku złotych dwudziestodolarówek, które nabył od sąsiada przy stole i teraz uderzał lekko o marmurowy blat, podnosząc je potem na czubku palca do ucha i przysłuchując się pilnie ich brzękowi - jedynej muzyce, zdolnej go zainteresować".

Szpilman skomentował to tak, że utracił wówczas wiarę w muzykalność społeczeństwa żydowskiego i w jego solidarność. Za szybą restauracji umierały głodne dzieci.

prof. dr hab. Zbigniew Paweł Zagórski,

Instytut Chemii i Techniki Jądrowej,

Warszawa


Politura nowomowy

Z dużym zainteresowaniem przeczytałam artykuł Jacka Leociaka "Nieoczekiwana przemiana". Niedawno w księgarni "Nowego Dziennika" w Nowym Jorku ktoś przede mną kupił ostatni egzemplarz "Pianisty". Kolega powiedział mi, że istnieje pierwsze wydanie z 1946 roku. Sprawdziłam w bibliotece na Columbii - było. Przeczytałam w ciągu jednej nocy. Wcześniej znałam już fragmenty pamiętnika Wilma Hosenfelda, drukowane w październikowej "Rzeczy o książkach". I mnie ten "Austriak" zastanowił, chociaż nie wiedziałam, że to wynik ingerencji cenzury.

Uważam, że należy postulat Jacka Leociaka poprzeć z całą stanowczością. Skończył się już postmodernistyczny karnawał i trzeba znów wrócić do pietyzmu edytorskiego. Powinien zatem wrócić "trup", "Londyn", "wieko".

Cóż byśmy powiedzieli, gdyby Władysław Mickiewicz zmienił słynny wiersz ojca "Gdy tu mój trup w pośrodku was zasiada" na "Gdy tu mój zmarły w pośrodku was zasiada"?

Zresztą wiele z wymienionych przez Leociaka zmian to zwykła politura nowomowy, pod której wpływem wychowali się obecni edytorzy książki. Całkiem możliwe, że dokumenty z archiwum Waldorffa - zakładam, że istnieje - rzuciłyby światło na proporcję oryginalnych wspomnień i opracowania Waldorffa.

Osobiście jestem też bardzo przeciwna pomijaniu oryginalnych wstępów, jak to kilkakrotnie uczyniono np. ze wstępem Józefa Wittlina do "Trans-Atlantyku" Gombrowicza. Powinna być zachowana oryginalna przedmowa, dopiero potem można dodać coś, co jest przedmową do najnowszego wydania.

Anna Frajlich, Nowy Jork